Aviatická Pouť – Air Show w Pardubicach

W długi weekend 5-7 czerwca 2015r. skromna delegacja naszego stowarzyszenia wzięła udział w pikniku lotniczym w Pardubicach w Czechach. Głównym powodem, dla którego wybraliśmy się do naszych południowych sąsiadów była oczywiście możliwość obejrzenia   (i usłyszenia) amerykańskich drugowojennych maszyn w akcji.

Numerem jeden był zdecydowanie P-51D Mustang o nazwie Excalibur (jak miecz z legend arturiańskich). Był to pierwszy raz kiedy mieliśmy okazję zobaczyć go w locie, a nie tylko stojącego w muzeum, i trzeba przyznać jedno – tego dźwięku nie da się pomylić z żadnym innym.

P-51 Mustang

Kolejną dużą atrakcją było trio: B-25 Mitchell, P-38 Lightning i Corsair F4U. Wszystkie trzy w malowaniach Red Bull-a (niestety), ale ich widok na niebie był niepowtarzalny.

B-25 i P-38

B-25

Ciekawa była również mini-rekonstrukcja z udziałem samolotów zorganizowana na płycie lotniska. Czeska grupa rekonstrukcji historycznej odtwarzająca RAF, posiadająca swoją własna makietę Spitfire’a, wcieliła się lotników szykujących się na misję. Nagle na niebie pojawił się Me109 i raz po raz atakował stojącego na ziemi Spit-a. Fajny efekt dała pirotechnika i wzbijające się w górę kłęby dymu. Wkrótce z odsieczą przyleciał prawdziwy Spitfire i Hurricane i oba odgoniły samolot wroga.

Spitfire i Me109

Pomimo ogromnego upału, który panował tego dnia w Pardubicach, cieszymy się, że mogliśmy ujrzeć te piękne maszyny w locie. Nieczęsto mamy też okazję nałożyć lotnicze mundury, a air show był ku temu dobrym powodem 🙂

Flight Nurse i B-25

Reklamy
Opublikowano Relacje | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Noc Muzeów w MMW w Gdyni – relacja

Kolejna Noc Muzeów za nami. Tym razem nasze stowarzyszenie prezentowało się w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni.

Na wystawie pt. „Pielęgniarstwo: Wczoraj i Dziś” nasze członkinie pokazały jak wyglądała praca pielęgniarki w trakcie II wojny, a jak wygląda dziś. Zwiedzający mogli przyjrzeć się różnicom w wyglądzie i zastosowaniu podstawowych sprzętów medycznych jak np. zestawu do toczenia krwi (kroplówki) czy sterylizatora. Oprócz tego obejrzeć można było umundurowanie, wyposażenie i przedmioty osobiste pielęgniarek pamiętające czasy II wojny światowej.

Wystawa w MMW w Gdyni w trakcie Nocy Muzeów 2015 – Fotoarchiwum Muzeum MW

 

O godzinie 21:00, podczas godzinnej prezentacji, dziewczyny opowiedziały krótko o historii Army Nurse Corps posiłkując się prezentacją multimedialną zawierająca m.in. archiwalne zdjęcia. Wyjaśniły również z czym wiązała się praca amerykańskiej pielęgniarki na frontach II wojny światowej.

Prezentacja na temat ANC w MMW w Gdyni – Fotoarchiwum Muzeum MW

Warunki pracy pielęgniarek w większości przypadków znacznie różniły się od tych, które ukazywały propagandowe zdjęcia.
Oczywiście, niektóre z nich miały szczęście pracować w eleganckich, stacjonarnych szpitalach i mieszkać w wygodnych kwaterach.
W większości przypadków pielęgniarki zamiast do czystych, wspaniale zorganizowanych i wyposażonych szpitali trafiały jednak do przepełnionych, niedoposażonych placówek, gdzie brakowało rąk do pracy. Warunki życia również pozostawiały wiele do życzenia. Brak było ciepłych łóżek i innych wygód – pozostawały twarde łóżka polowe rozłożone w namiotach tonących wśród błota.

Lt. Mayme Griffiths jest po służbie w szpitalu ewakuacyjnym niedaleko frontu. Przed spaniem czyta gazetę i czeka aż zmorzy ją sen… Włochy, 1 lutego 1944r.

Praca pielęgniarek w okresie II Wojny Światowej była trudniejsza niż współcześnie ze względu na kilka czynników.
Oczywistym faktem jest, że podczas konfliktów liczba pacjentów wymagających specjalistycznej opieki jest bardzo wysoka. Praca pielęgniarki była cięższa chociażby ze względu na konieczność objęcia opieką większej ilości pacjentów. Z racji, iż byli to pacjenci nierzadko wymagający intensywnego nadzoru, liczba czasochłonnych procedur, które personel musiał wykonać znacznie rosła. Ważnym aspektem było również obciążenie psychiczne, które wiązało się z koniecznością codziennej styczności z dramatycznie okaleczonymi osobami, które nierzadko były w bardzo młodym wieku.
Kolejnych uciążliwości nastręczał również użytkowany wówczas sprzęt medyczny, znacznie trudniejszy w obsłudze i wydłużający w czasie wykonanie wielu czynności. Większość sprzętu, który współcześnie wyrzuca się po jednorazowym użyciu, w latach 40-tych XX wieku był wielorazowy. Dodatkową pracę stanowiło więc odpowiednie przygotowanie go do ponownego użycia.

Pielęgniarka przygotowuje zastrzyk przy świetle lampy naftowej. 23 lutego 1944r., Szpital Ewakuacyjny w Walii.

Wiele do życzenia pozostawiała również higiena pracy oraz przestrzeganie zasad aseptyki i antyseptyki. Źródłem wielu bakterii były z pewnością ubrania personelu medycznego, który w warunkach polowych często nie miał możliwości uprania ich przez długi czas.
Rękawiczki – oczywiście wielorazowe – stosowano w przypadku stosunkowo niewielu procedur – między innymi operacji chirurgicznych. Wykonywanie zastrzyków, opatrywanie ran odbywało się z użyciem niezabezpieczonych rąk. Narażało to same pielęgniarki na stały kontakt z materiałem zakaźnym, a pacjentów dodatkowo na zakażenia. Ręce personelu nie zawsze bowiem były wzorowo czyste – nie z ich winy, lecz z winy ciężkich warunków sanitarnych.

2nd Lt. Evelyn Stewart na oddziale chirurgicznym 62-ego Szpitala Generalnego, Francja.

Higiena pracy na oddziale również odbiegała od warunków modelowych. Szpitale – często mieszczące się w namiotach – były duszne i ciemne. Gdy temperatura spadała było dodatkowo przeraźliwie zimno. Nocami pielęgniarki zmuszone były czasem do pracy przy świeczce. Oprócz tego masowo palono papierosy – zarówno personel jak i pacjenci. Łatwo można więc wyobrazić sobie panującą w szpitalach polowych atmosferę.

Pracując przy świetle świecy, pielęgniarka podaje cierpiącemu na poparzenia II stopnia pacjentowi glukozę i plazmę, w tymczasowym szpitalu założonym w katedrze na Leyte, Filipiny, grudzień 1944r.

Pomimo tego ogromna ilość młodych Amerykanek decydowała się na służbę Ojczyźnie w roli pielęgniarek. Nie straszne były im ciężkie warunki. Owszem, nocami często śniły o powrocie do ciepłego domu, jednak świadomość wielkiej wagi wykonywanej przez nie pracy rekompensowała niewygody i skłaniała przyjęcie życiowej filozofii mówiącej, że do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Autorka: Nela Kameduła

Opublikowano Relacje | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Noc Muzeów w MMW w Gdyni

W ramach tegorocznej Nocy Muzeów będzie nas można spotkać w Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni – nasze dziewczyny przygotują wystawę pt. „Pielęgniarstwo Wczoraj i Dziś”, gdzie porównają drugowojenny sprzęt medyczny z tym używanym współcześnie. Oprócz tego będzie można zobaczyć umundurowanie, wyposażenie i przedmioty osobiste pielęgniarek z Army Nurse Corps oraz posłuchać o tym, jak przebiegała ich służba na frontach II wojny światowej.
O godzinie 21:00 zapraszamy na krótki pokaz.

Plakat

Opublikowano Aktualności | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Liberation Festival, Pilzno, Czechy

Liberation Festival, obchodzony corocznie w czeskim Pilznie to niezwykła impreza. Niezwykła chociażby ze względu na wydarzenie, które upamiętnia – wyzwolenie miasta, jako najdalej wysuniętego na wschód – przez wojska amerykańskie. 6 maja 1945 roku do miasta wkroczyły oddziały 16. Dywizji Pancernej, wspierane przez elementy 2. i 97. Dywizji Piechoty. Na zaproszenie kolegów i koleżanek z czeskiej grupy KVH Tommy&Yankee z.s. Plzeň nasze Stowarzyszenie wzięło udział w tegorocznych obchodach 70. już rocznicy wyzwolenia miasta w dniach 1-3 maja.

Pamiątkowe zdjęcie „V for Victory” i „Yankee&Tommy” na rynku w Pilznie

Wskutek zamknięcia drogi na Pilzno, dotarliśmy na miejsce dopiero po południu 1 maja, gdzie zaprzyjaźnieni czescy rekonstruktorzy wskazali nam naszą kwaterę – czyli epokowy namiot z piecykiem. Po rozpakowaniu się i przygotowaniu wzięliśmy udział w kluczowym wydarzeniu dnia, czyli odsłonięciu pomnika generała George’a Pattona na wprost Wielkiej Synagogi. W uroczystości, mimo niesprzyjającej pogody i siąpiącego deszczyku, wzięli udział przedstawiciele ambasady Stanów Zjednoczonych, a także weterani – jednakże przez dużą liczbę osób obecną na uroczystości nie udało się nam z nimi porozmawiać. Uderzyło mnie wówczas coś innego – przygotowanie miasta – wywieszone były flagi Belgii i Stanów Zjednoczonych, tysiące chorągiewek w czeskich barwach narodowych, zdarzały się także polskie flagi, zaś katedra św. Bartłomieja została udekorowana zarówno amerykańską, jak i czeską flagą.

Dzień drugi rozpoczął się od spotkania z weteranami. Przy długim, przykrytym zielonym suknem stole, zasiadło dwudziestu jeden dzielnych ludzi, którzy 70 lat temu byli i walczyli w Czechach. Wśród nich czternastu Amerykanów, pięciu Belgów i dwóch Polaków. Wśród weteranów amerykańskich byli żołnierze 16. Dywizji Pancernej, 2. Dywizji Piechoty, 26. Dywizji Piechoty, 97. Dywizji Piechoty oraz 90. Dywizji Piechoty, Belgowie z kolei reprezentowali 17me Bataillon de Fusiliers – niewielką jednostkę, która wraz z oddziałami US Army wzięła udział w wyzwalaniu zachodniej części Czechosłowacji. Dwóch Polaków – płk Jan Podhorski i por. Edmund Poniewierski – pochodziło z Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych, jednostki, która wyzwoliła obóz koncentracyjny w Holiszowie 5 maja 1945 roku, a następnie połączyła się z oddziałami 2. Dywizji Piechoty.
Ponownie pojawił się porucznik Marion Kirkham, były pilot USAAF – mimo zaawansowanego wieku nadal pełen życia i energii, przyjeżdżający do Pilzna, by upamiętnić swojego poległego w ostatnich dniach wojny brata.
Obok niego pojawił się także Reuben Schaetzel, kierowca czołgu z 701. Batalionu Pancernego. Podczas lądowania w Normandii, jego czołg został trafiony, a dwóch członków jego załogi poległo. Jako kierowca pozostał w czołgu, kiedy spotkał samego generała Pattona. Patton zapytał się, co się stało i skąd pochodzi, a następnie – swoim zwyczajem – poklepał Schaetzela po plecach i życzył powodzenia. Dalszy szlak bojowy prowadził przez Ardeny i Nadrenię, aż do Pilzna, gdzie Reuben spotkał po długim okresie rozłąki swojego brata Normana, który także walczył na tym samym obszarze. „Spotkaliśmy się i imprezowaliśmy do rana”, wspominał z nostalgią w głosie. Mimo swojego wieku, pan Schaetzel jest do dzisiaj aktywny zawodowo i pracuje w branży motoryzacyjnej w Shawano w USA, prowadząc własną firmę.

Weterani przed pomnikiem „Thank you, America!”

Pojawił się również żołnierz słynnej 2. Dywizji Piechoty – kapitan Herman Geist, który służył w kompanii „F” 38. Pułku Piechoty. Służył od 1943 do 1946 roku w stopniu porucznika. Przeszedł cały szlak bojowy dywizji, zdobywając Brązową Gwiazdę. Jako pierwszy amerykański żołnierz wkroczył do czeskich Domazlic w maju 1945 roku. „To było wzruszające. Tysiące ludzi wyszły na ulice podziękować nam za wyzwolenie od Niemców”, wspominał.
Interesującym momentem było wystąpienie porucznika Edmunda Poniewierskiego, żołnierza 6. Kompanii 204. Pułku Piechoty Brygady Świętokrzyskiej, weterana sił zbrojnych. Pan Poniewierski z trudem opowiedział swoją historię, cały szlak bojowy – od walk w Polsce, poprzez przemarsz do Czech, aż do wyzwolenia obozu w Holiszowie, gdzie Polacy powstrzymali esesmanów przed rozstrzelaniem więźniarek w dosłownie ostatniej chwili.
Każdy z weteranów opowiedział równie ciekawą i wzruszającą historię. Mimo kiepskiego nagłośnienia sali, po zakończeniu spotkania zdołałem się dostać w pobliże weteranów, by zdobyć ich podpisy i zamienić kilka słów. Każdemu z weteranów osobiście chciałem podziękować za służbę, ale tym większe było zaskoczenie i wzruszenie, kiedy niemal każdy z nich odpowiadał mi: „No, I thank you for yours!”. Usłyszałem wiele wspaniałych, ciepłych słów z ust ludzi, którzy siedzieli za długim stołem – zmęczeni wiekiem i swoimi doświadczeniami, ale nadal uśmiechnięci. Szczególnie zapadła mi w pamięć reakcja por. Poniewierskiego i kpt. Geista, wzruszonego prostym salutem. Jako rekonstruktor jestem dumny i szczęśliwy, że mogłem wziąć udział w tym wydarzeniu i stanąć na wprost bohaterów.

Spotkanie z weteranami – fot. T. Ciechanowski

Drugi dzień upłynął nam pod znakiem zwiedzania zarówno obozowisk rekonstruktorów, jak i samego miasta. Korzystając z okazji wybrałem się do kameralnego George Patton Memorial Museum, a następnie do obozu uczestników „Czech Fury„. Ilość sprzętu, który został zgromadzony, była przytłaczająca – największe zainteresowanie wzbudziły samochody pancerne M8 Greyhound i niszczyciele czołgów M36 Jackson. Obozowiska zorganizowano na wzór epokowy – kilkadziesiąt pojazdów, dziesiątki namiotów, a nawet płócienne wiadra z wodą i umywalnie. Obrazu dopełniał sączący się dym z piecyków i rekonstruktorzy, gotujący na epokowych kuchniach posiłek.

Borsky Park – obóz uczestników „Czech Fury” – fot. Ł. Jaczun (Kamera Wojny)

Ostatniego dnia miała miejsce parada. I muszę powiedzieć jedno – nic do tej pory nie wywołało u mnie takiego zdumienia, jak to wydarzenie. Setki pojazdów, stojących w rzędach, reprezentujących wszystkie armie, formacje i jednostki, które wzięły udział w wyzwoleniu Pilzna i równie wielu rekonstruktorów. Pięknym widokiem było ustawionych – jeden za drugim – osiem amerykańskich Halftracków, oraz pluton samochodów pancernych. Przed paradą czeskie rekonstruktorki wręczyły nam kwiaty bzu – tradycyjny symbol zwycięstwa, który wręczano amerykańskim żołnierzom w maju 1945 roku. Parada odbyła się we wzruszającej atmosferze – wówczas zobaczyłem, że to nie jest teatr. Że mieszkańcy Pilzna autentycznie się cieszą z tego wydarzenia, machając czeskimi i amerykańskimi flagami, śmiejąc się i krzycząc „Diky Ameriko”.

Convoy of Liberty – parada ulicami miasta

Tysiące ludzi traktowało nas z radością, jak prawdziwych wyzwolicieli i trudno było się oprzeć wrażeniu cofnięcia w czasie. Za rekonstruktorami na wozach podążyły równym krokiem dziewczęta, odtwarzające Army Nurse Corps, będąc chyba najhuczniej witanym „rekonstrukcyjnym” fragmentem defilady, zaś na samym końcu, w asyście prawdziwych żołnierzy czeskich i amerykańskich, jechali weterani – czescy, amerykańscy, belgijscy i polscy, ci sami, którzy dzień wcześniej opowiadali swoje wojenne historie.

Przemarsz rekonstruktorek Army Nurse Corps w trakcie parady

Mimo, iż wziąłem udział w dużej ilości wydarzeń rekonstrukcyjnych, zagraniczne wydarzenia budzą u mnie najwięcej emocji. Wówczas można zobaczyć autentyczne miejsca historii, o których się tylko czytało, albo słyszało, a także – a może i przede wszystkim – spotkać ich realnych uczestników. Szczególnym rodzajem takich imprez są wszystkie wydarzenia rocznicowe, podczas których można naprawdę poczuć klimat minionych epok. Spotkanie z weteranem, uściśnięcie mu dłoni i zamiana kilku słów są chyba największą nagrodą dla rekonstruktora. Wspaniałym aspektem są reakcje ludzi – pełne spontanicznej radości, jakże odmienne od polskich. Nie inaczej było w Czechach, gdzie mogłem po raz kolejny osobiście wczuć się w atmosferę prawdziwej radości wyzwolenia spod hitlerowskiej tyranii i posłuchać historii świadków, których, jak wspomniał przy mnie czeski weteran, z każdy dniem ubywa.

Autor: Andrzej Matowski

zobacz galerię zdjęć

Opublikowano Relacje | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Moto Weteran Bazar, Łódź

17 stycznia wzięliśmy udział w giełdzie Moto Weteran Bazar w Łodzi. W Hali Expo przygotowaliśmy dioramę nawiązującą do naszego grudniowego wyjazdu w Ardeny. Tematem głównym były walki 106. Dywizji Piechoty w okolicach miasteczka St. Vith. Dzięki organizatorom na naszej wystawie pojawił się również Halftrack M16 i Jeep Willys.

„V for Victory” na MWB

Zobacz galerię zdjęć

Opublikowano Relacje | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

106. Dywizja Piechoty w Bitwie o Ardeny

Co roku, podczas przypadających w grudniu obchodów rocznicy walk w Ardenach, albo „Bitwy o Wybrzuszenie” (Battle of the Bulge), główną uwagę przyciąga historia obrony belgijskiego miasteczka Bastogne, gdzie 101. Dywizja Powietrznodesantowa wraz z kilkoma batalionami artylerii odpierała ataki Niemców. Są oni słusznie uhonorowani za swoją wyjątkową i wybitną postawę na polu bitwy. Jednak heroiczna postawa „Screaming Eagles” i ich obrona Bastogne to nie jedyny epizod „Bitwy o Wybrzuszenie”: istniały dziesiątki innych dywizji piechoty i dywizji pancernych, także zaangażowanych w te krwawe zmagania. W bitwie brało udział 600 tysięcy amerykańskich żołnierzy, z czego straty Stanów Zjednoczonych wyniosły 90 tysięcy zabitych, rannych i wziętych do niewoli (tych była, wyjątkowa jak na standardy amerykańskie, ogromna liczba, 20 tysięcy ludzi). Dla rodzin w kraju, śledzących przebieg wydarzeń na froncie zachodnim, liczby te były szokujące, tym bardziej że wojna zmierzała już ku końcowi.


Jedna z dywizji, biorących udział w owych grudniowych zmaganiach, jest wyjątkowa. Wyjątkowa ze względu na swoją postawę, ale przede wszystkim straty. Formacja ta została prawie całkowicie rozbita, tracąc 7 tysięcy ludzi. Z tego powodu po wojnie ogromny wkład tej dywizji w zatrzymanie niemieckiej ofensywy został w wielkiej mierze zapomniany. Mimo całkowitego rozbicia formacji, jednostka ta zdołała nie dopuścić do zajęcia St. Vith wystarczająco długo, aby całkowicie pokrzyżować Niemcom plany. Mowa tu o 106. Dywizji Piechoty „Golden Lions.

Naszywka 106. Dywizji Piechoty. Kolor niebieski reprezentuje piechotę, czerwony – artylerię, a głowa lwa symbolizuje odwagę i siłę.


Zaledwie kilkanaście miesięcy wcześniej 106. Dywizja Piechoty dopiero się formowała, przygotowując do nadciągających walk. Dla większości oznaczało to 18 miesięcy ciężkiego, wyczerpującego treningu – tak fizycznego jak i psychicznego. Podczas zawiązywania jednostki, dowódca „Golden Lions”, generał Alan. W. Jones zakomunikował swoich oficerom:


„In your hands is held the opportunity to fashion an instrument which will demonstrate to the world that our way of life develops men superior to any other.'”

Gen. Alan W. Jones – dowódca 106th ID


Trening odbywał się wieloetapowo, jednostka została wyszkolona wszechstronnie. Jones miał później napisać:


„Miesiące treningu wiele nam dały i wyjeżdżamy z Tennessee jako w pełni wyszkolona dywizja, z wielkim doświadczeniem i aspiracjami. Nauczyliśmy się jak przeprawiać nasze ciężarówki przez błoto i polne dróżki, jak uczynić kolację jadalną podczas deszczowej nocy, bez ognia, jak nosić moskitiery na głowach podczas burzy śnieżnej, jak poradzić sobie podczas długich dni i nocy bez podstawowych udogodnień i przede wszystkim, nauczyliśmy się, że jako dywizja, jesteśmy najlepsi w tym co robimy.”

Trening w Camp Atterbury, w stanie Indiana.

Camp Atterbury

Camp Atterbury


Dywizja składała się z trzech pułków piechoty, trzech batalionów dział 105mm i jednego batalionu ciężkich haubic 155mm. Do tego dochodziły jednostki pomocnicze. Nie tylko szeregowcom i podoficerom brakowało doświadczenia bojowego: z tym samym problem borykali się oficerowie. Nawet dowódca jednostki, generał Jones nigdy nie brał udział w akcji. Z drugiej jednak strony to samo można było powiedzieć o Głównodowodzącym Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych, generale i późniejszy prezydencie Stanów Zjednoczonych, Dwighcie D. Eisenhowerze.

Szczegółowy diagram podziału dywizji.


Podczas trwania kampanii na zachodzie Europy, Amerykanie tracili sporo żołnierzy. Armia potrzebowała wykwalifikowanych żołnierzy, stąd zaczęto organizować takie programy jak na przykład ASTP (Army Specialized Training Program). Był to program wcielania do armii studentów i absolwentów politechnik i uczelni wyższych. Stanowili oni dla armii najbardziej wartościowy materiał ludzki – kierowani byli do wojsk specjalistycznych, inżynieryjnych, łącznościowych, do wywiadu i przede wszystkim – do korpusu oficerskiego. W 106. dywizji większość oficerów stanowił właśnie pobór z ASTP, co miało później przełożyć się na wysokie kompetencje na polu bitwy.


„Lionsi” wyruszyli do Europy w październiku 1944 roku. Większość dywizji zmieściła się na transatlantykach „Aquitania” „Queen Elizabeth”, a także „Manhattan”. Dzień wypłynięcia wspominał Glen Hartlieb z kompani pomocniczej 592. batalionu artylerii polowej:


„Pamiętam dzień wypłynięcia z Myles Standfish. To było 11 listopada 1944 roku. Padało na nas cały czas, a ja stałem w deszczu z całym wyposażeniem na plecach, czekając na zaokrętowanie. To tylko zwiększało mój strach, bo byłem solidnie przerażony myślą o przejściu przez chwiejącą się kładkę na pokład statku. Wkrótce później wsiedliśmy na okręt i popłynęliśmy. Już następnego dnia prawie każdy dostał choroby morskiej, po tym jak wpłynęliśmy w sztorm. Nie będę tutaj zdradzał szczegółów, ale zrobiłem straszny błąd przy wyborze pryczy. Powinienem wybrać tę na samej górze.”

Transatlantyk „Aquitania”


Po przypłynięciu do Wielkiej Brytanii 106. została rozlokowana w pobliżu Oxfordu i Gloucester. Żołnierze zostali jeszcze doszkoleni, ale większość czasu mijała na malowaniu pojazdów i przygotowywaniu wyposażenia. Tak właśnie rozpoczęła się europejska krótka i tragiczna historia tej jednostki.


Pierwotnie SHAEF (Supreme Hadquarters Allied Expeditionary Force – Kwatera Główna Alianckich Ekspedycyjnych Sił Zbrojnych) nie planowała wysłania „Lionsów” do boju – spodziewano się że wojna skończy się do końca grudnia 1944 roku. Nadzieje takie dawały zwycięstwa aliantów w zachodniej Europie z późnego lata 1944 roku oraz brytyjski plan szybkiego wtargnięcia do Niemiec w ramach operacji Market-Garden. Alianci wierzyli w ten plan tak bardzo, że zdecydowali przyznać brytyjskiemu generałowi Bernardowi Law Montgomeremu, autorowi tego właśnie planu, większość zaopatrzenia, niezbędnego do przeprowadzenia ambitnej operacji. Zaopatrzenie było dla aliantów cenniejsze z każdym kilometrem oddalania się od Normandii – tam właśnie znajdowały się główne porty zaopatrzeniowe wojsk anglo-amerykańskich. Operacja Market-Garden, głównie ze względu na zaniedbania dowództwa brytyjskiego skończyła się totalną klęską aliantów. Ważnym następstwem tego stanu rzeczy było zmarnowanie zaopatrzenia, którego dowóz odbywał się znacznie już wydłużonymi liniami zaopatrzeniowymi, opartymi głównie na ciężarówkach. Brytyjczycy zatrzymali się w Holandii, Amerykanie związali w ciężkie walki w lesie Hurtgen, natomiast 3. armii generała Pattona zabrakło tak potrzebnego zaopatrzenia i dywizje tego charyzmatycznego przywódcy, z którym Amerykanie wiązali szansę na szybkie przełamanie w głąb III Rzeszy, musiały zatrzymać się i związały się w krwawe walki o okolicach Metzu.


Do grudnia sytuacja znacząco się nie zmieniła: jesień, a później zima osłabiły jeszcze bardziej aliancki system zaopatrzenia i dywizje anglo-amerykańskie związały się w statyczne walki. Linia Zygfryda – umocniony rejon na granicy niemieckiej, została tylko w kilku miejscach sforsowana. W przeciwieństwie do „Krwawego Lasu”, jak później miał zostać nazwany las Hurtgen, czy Metzu, w Ardenach – górzystym rejonie Belgi, panował stosunkowy spokój.


6 grudnia, po przybyciu 106. Dywizji Piechoty do Hawru, padł rozkaz – mieli oni przegrupować się do St.Vith, w rejonie Schnee Eifel, w Ardenach. Podróż przebiegała wyjątkowo niekomfortowo, na ciężarówkach we wczesnozimowym chłodzie. Sam rejon Schnee Eifel przypominał wielu Amerykanom kartkę świąteczną – z ośnieżonymi zboczami i pokrytymi białym puchem domkami. Rozkazy generała Troya Middletona, dowódcy VIII korpusu do którego wcielona została 106. dywizja były jasne – zastąpić 2. dywizję piechoty „Indianhead” – zluzować ją człowiek po człowieku, karabin po karabinie.

„Ghost front” – mapa rozmieszczenia dywizji amerykańskich w przededniu niemieckiej ofensywy.


Żołnierze 106. dywizji myśleli że otrzymują wyjątkowo proste zadanie, bo tak też wyglądało – raporty wywiadu donosiły o niskiej wartości bojowej żołnierzy niemieckich stojących naprzeciwko nich; w związku z tym, a także wyjątkowo spokojną sytuacją na tym odcinku frontu, dywizja miała stacjonować w linii na odcinku 20 mil – co dawało 1 człowieka na 2,24 metra – było to o wiele mniej niż zalecały oficjalne podręczniki piechoty. Mimo to „Lionsi” byli dobrej myśli.

W ciągu najbliższych dni najgroźniejszym wrogiem z którym walczyli Amerykanie były choroby i odmrożenia, zwłaszcza w postaci tak zwanej „stopy okopowej” – odmrożonej, zawilgoconej stopy w często zbyt ciasno zasznurowanych butach. Podróż na linię frontu, zwiady czy patrole były fatalnym przeżyciem dla żołnierzy, których większość pochodziła z gorącego południa Stanów Zjednoczonych.


9 grudnia ostatecznie rozlokowano bataliony artylerii. Niektóre baterie oddały salwy w pozycje wroga, co było kontynuacją systemu ostrzałów zapoczątkowanego przez 2. dywizję.
Dni mijały rutynowo, artyleria strzelała, plutony zwiadowcze zbierały informacje. Ze strony wrogich linii nie było żadnego ostrzału. Chodziły natomiast liczne pogłoski. Ogólny niepokój wywołały odgłosy silników dobiegające ze strony nieprzyjacielskich linii. Po kilku dniach dało się także usłyszeć gwizd lokomotyw parowych. W sztabie ignorowano jednak te doniesienia; nawet wtedy, gdy nad pozycjami Amerykanów przeleciał niemiecki samolot zwiadowczy. Wszelkie raport plutonów zwiadowczych, wysłanych ze 106. dywizji do sztabu VIII korpusu, G2 korpusu (jednostka wywiadu) uznawała za nerwowe doniesienia świeżej dywizji, niewprawionej w obserwowaniu nieprzyjacielskich linii. Wywiad dywizyjny otrzymał pouczenie, że Niemcy posiadają nagrane na taśmy odgłosy silników i czołgów w celu straszenia nieprzyjaciół.


Dźwięki te były jednak więcej niż realne. Za swoimi liniami Niemcy gromadzili ogromną armię. Hitler obmyślił plan wielkiej ofensywy, mającej na celu odbycie Antwerpii – portu zaopatrzeniowego w Holandii, który lada dzień miał stać się główną bazą zaopatrzeniową aliantów zachodnich. Miasto to Brytyjczycy zajęli już we wrześniu, mieli jednak problemy z uruchomieniem portu, ze względu na to, że Niemcy kontrolowali ujście Skaldy – wodnej drogi do portu.
Gdyby Niemcom udało się, swoimi dywizjami pancernymi, wbić klin między wojska alianckie, wówczas ogromna część armii anglo-amerykańskiej zostałaby odcięta na północ od planowanej linii natarcia.
W tym celu Hitler zgromadził ogromne siły – na północy szóstą armię pancerną SS pod dowództwem zaufanego generała Hitlera, Seppa Dietricha, mającą w swoim składzie około 500 czołgów i dział samobieżnych; piątą armię pancerną SS dowodzoną przez generała Hasso von Manteuffela, a także na skrajnej południowej flance siódmą armię, złożoną praktycznie w całości z jednostek piechoty. W sumie siły który miały zmusić aliantów do negocjacji pokojowych zawierały trzydzieści dywizji piechoty i dwanaście dywizji pancernych. 5. Armia Pancerna SS miała za zadanie w tych pierwszych dniach tak zwanej ofensywy w Ardenach przejść przez słabe pozycje amerykańskiej 106. dywizji piechoty tak szybko jak to tylko możliwe, zanim Amerykanie zdołają ściągnąć posiłki. Dla Niemców liczył się czas, cała nadzieja w realizacji ich planu opierała się na założeniu, że szybko przebiją słabe amerykańskie linie, kierując się ku Antwerpii, a Amerykanie nie zdążą „załatać” dziury we froncie, sprowadzając dodatkowe dywizje.

Kompania E, 2. batalion, 424. pułk, 106. Dywizja Piechoty – żołnierze i kapelan pogrążeni w modlitwie.


Wczesnym rankiem 16 grudnia 1944 o godzinie 5:30 niebo rozświetliły setki flar i szperaczy. Ciszę poranka przerwały odgłosy wybuchających pocisków i nadlatujących rakiet Nebelwerferów – niemieckich wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, ochrzczonych przez Amerykanów „Screaming Mimi”, właśnie ze względu na przerażający odgłos nadlatującego pocisku. Pierwszymi celami dosięgniętymi przez niemiecką artylerię były pozycje batalionów artylerii 106. dywizji. Pod ostrzałem znalazła się nawet sama wioska St. Vith, położona 12 kilometrów za pierwszą linią obrony wojsk Stanów Zjednoczonych. Przerażeni i zszokowani żołnierze na pierwszych liniach, mimo tego, że znaleźli się pod ostrzałem pierwszy raz, w większości zachowali zimną krew i starali się powiadomić dowództwa o stratach i poprosić o posiłki w jeszcze bardziej nadszarpniętych liniach. Były to jednak próżne wysiłki, linie telefoniczne zostały całkowicie poprzerywane, zaś teren wybitnie nie sprzyjał komunikacji radiowej, dodatkowo zagłuszanej przez Niemców. Ze sztabów nie nadchodziły żadne rozkazy. Ostrzał trwał, według różnych źródeł, od dwóch do siedmiu godzin. Zadał on obrońcom niewielkie straty, natomiast ostrzegł ich o nadchodzącym ataku.


16 grudnia niemieckie oddziały przedarły się przez zalesiona wzgórza, na północnej flance dywizji bronionej jedynie przez oddziały zwiadowcze, z zamiarem okrążenia dywizji i dostania się na tyły jednostki, aż za masyw Schnee Eifel. Manewr ten udaremniły jednak wspomniane jednostki zwiadowcze, przy pomocy zebranych pospiesznie oddziałów inżynieryjnych, artylerzystów i najdalej leżących na północ pododdziałów 422. pułku.
Dalej na południe, w sektorze 423. pułku piechoty, silny atak przerwał linie „Lionsów”, ostatecznie został jednak odparty kontratakiem wojsk tyłowych: kucharzy, urzędników i personelem sztabowym. Podobnie sprawa wyglądała jeszcze dalej na południe, w rejonie 424. pułku, gdzie dopiero seria kontrataków pozwolił Amerykanom na powrót na pozycję z których wypchnęli ich Niemcy tego rana. Do sztabu 106. dywizji trafiła informacja, że dostaną oni wsparcie grupy z 9. Dywizji Pancernej oraz całej 7. Dywizji Pancernej już następnego ranka. Mimo tego jedynym wsparciem dla pierwszych linii okazały się dwa rezerwowe bataliony – jeden z 423. pułku, drugi z 424. Wieczorem 16 grudnia sztabowcy dywizyjni opracowali plan obrony północnej flanki z pomocą pancerniaków, którzy mieli przybić. Był to dobry plan, który zapewne powiódłby się, gdyby czołgiści faktycznie przybyli.

Niemcom zależało na szybki zajęciu miejscowości Schonberg i Steinbruck – ważnych ze względu na znajdujące się tam mosty – jedyne w okolicy przeprawy przez rzekę Our. Rzeka ta znajdowała się na zachód od pozycji 106. dywizji, co oznaczało że Niemcy muszą przedrzeć się przez amerykańskie pozycje.
17 grudnia Niemcy ponowili natarcie i przedostali się przez liczne wioski w których okopani Amerykanie stawiali opór poprzedniego dnia. 62. Dywizja Volksgrenadierów zajęła Steinbruck. Następnie jednostka ta ruszyła zająć o wiele ważniejszy most w Schonbergu, ale została odrzucona kontratakiem amerykańskim, wspieranym przez pododdziały 9. Dywizji Pancernej. Rozważano nawet dalszy kontratak, mający odbić Steinbruck, ale generał Middleton, dowódca VIII korpusu zarządził odwrót za rzekę Our; podczas gdy Niemcy gromadzili się po drugiej stronie rzeki, Amerykanie wysadzili most w Schonbergu i wycofali się na nowe linie.


Południowe skrzydło 18. Dywizji Volksgrenadierów opanowało Bleialf, północna flanka utknęła w Andler, otrzymała jednak pomoc pododdziałów 6. Armii Pancernej SS: drogi na północ od rejonu działań 5. Armii Pancernej SS, którymi pierwotnie miała poruszać się 6. Armia Dietricha okazały się zbyt wąskie dla Niemieckich czołgów, mosty zbyt słabe, co więcej, na drogach tych Amerykanie z 99. Dywizji Piechoty stawiali zaciekły opór znacznie przeciągając marsz niemieckich wojsk pancernych. 506. Panzerabteilung 6. Armii SS razem z 16. Dywizją Volksgrenadierów wyparły słabe siły amerykańskie, złożone z 32. Szwadronu Kawalerii, z Andler. Stamtąd siły niemieckie uderzyły na Schonberg, jednak były one pozbawione wsparcia sił pancernych które utknęły w korku, dodatkowo nękanym przez rozproszonych w tym rejonie żołnierzy amerykańskich.


18. Dywizja Volksgrenadierów zajęła most w Schoenbergu o 8:45. Południowe skrzydło 18-tej, atakujące od strony Bleialf, ze względu na chaotyczny, ale niezwykle skuteczny opór Amerykanów miało znaczne opóźnienie. W rezultacie kocioł Schnee-Eifell został zamknięty nocą 17 grudnia.
Ostatnim człowiekiem który uciekł przed okrążeniem był dowódca plutonu zwiadowczego 423. Pułku Piechoty – porucznik John Long, który przeprowadził swoich ludzi przez rzekę Our i dotarł do St. Vith, gdzie poinformował sztab dywizji o beznadziejnej sytuacji 422. i 423. Pułku. Starano się pomóc, jednak zagrożone było samo St. Vith. W dowództwie panował totalny chaos, a pogoda była na tyle niesprzyjająca, że uniemożliwiła ona wykorzystanie największego atutu wojsk Stanów Zjednoczonych – lotnictwa. Dwa pułki piechoty i dwa bataliony artylerii, również zamknięte w kotle, stawiały Niemcom zacięty opór przez dwa następne dni. Plan wyrwania się i odbicia Schonberga przez okrążone siły z początku przebiegał dobrze, jednak w końcu okazał się katastrofą i doprowadził do ogromnych strat w szeregach Amerykanów. Ludzie byli rozproszeni na wzgórzach wokół wioski, z małą ilością zapasów i praktycznie zerową ilością amunicji. W sytuacji tej pułkownik Descheneaux i pułkownik Cavender, dowódcy obydwu pułków, postanowili skapitulować. Tak samo zrobili dowódcy 589-go i 590-go Batalionu Artylerii. 19 grudnia 6500 ludzi dostało się do niewoli niemieckiej. Rozproszone jednostki walczyły dalej, nadal ponosząc straty. Utrzymuje się, że ostatnie siły w kotle poddały się 21 grudnia, dodając do liczby jeńców jeszcze 500 ludzi.


Nie wszystko było jednak stracone. Manteuffel spodziewał się zająć St. Vith 17 grudnia. Okazało się, że miną jeszcze 4 dni, zanim Niemcy wejdą do ruin, zwanych kiedyś St. Vith.
Na południu, pozostałe siły „Lionsów”, 424. Pułk wraz z wspierającym go 591. Batalionem Artylerii polowej, kontynuował walkę, przebijając się do St. Vith. Tam pułk wraz z innymi pododdziałami z 7. i 9. Dywizji Pancernych stawił zacięty opór Niemcom. Amerykańskie linie obrony ze względu na kształt zostały ochrzczone „Fortified Goose Egg„.
Podczas gdy niemieccy pancerniacy walczyli z zatorami i korkami na drogach, a 62. i 18. Dywizja Volksgrendierów likwidowały kocioł Schnee Eifel, Manteuffel wysłał batalion inżynierów z 18-tej wraz z małą grupą z 1. Dywizji Pancernej SS, jednak atak został odparty przez Amerykanów.
Główny atak na St. Vith nadszedł dopiero 21 grudnia. Rozpoczął go ostrzał artyleryjski o godzinie 15:00. Szpicą ataku był 506. Batalion Pancerny. Czołgi nadjechały drogą Schoenberg-St. Vith. Atakujące po zmroku Tygrysy oślepiły obrońców, zasypując ich pociskami oślepiającymi. Następnym celem niemieckich czołgów były amerykańskie pojazdy. O godzinie 21:30 Bruce Cooper Clarke, dowodzący amerykańską obroną zarządził odwrót. Miał on wcześniej powiedzieć, że ten teren jest dla niego bezwartościowy. Amerykanie wycofali się na zachód. Niemcy wkroczyli do ruin miasteczka, przejmując pozostałe po Amerykanach zapasy. Wkrótce w mieście powstał nowy korek, który uniemożliwił wojskom niemieckim pogoń za Amerykanami.

Piechota 7. Dywizji Pancernej w okolicach St. Vith.


Jeszcze jeden ważny epizod warty jest opisania. 100 żołnierzy z 589. Batalionu Artylerii (większość z baterii A oraz batalionu sztabowego) zdołało się przebić z okrążenia pod Schnee Eifel. Dostali się do St. Vith i w końcu dostali przydział do miejsca zwanego Baraque de Fraiture – strategicznie ważnego skrzyżowania leżącego w najwyższym punkcie Belgii, na północy-wschód od St. Vith. Pozostałe baterie batalionu zostały zniszczone 17 grudnia. Dowódca batalionu, pułkownik Thomas Kelly, został uznany za zaginionego w akcji. Bateria Able straciła dowódcę oraz jego zastępcę, w niespełna dwa dni. Kiedy jednostka dotarła do skrzyżowania, jej ludzie byli zmęczeni, większość z nich miała odmrożenia. Mimo tego stanęli do walki. Przy wsparciu oddziałów z 3. i 7. Dywizji Pancerej, wytrwali na pozycjach 4 dni pod ciągłym naporem przeciwnika. Batalionem dowodził major Arthur Parker, oficer operacyjny batalionu, który z literaturze często jest określany mianem „Indomitable” – „Nieugięty”; jego zastępcą był z kolei major Elliot Goldstein.

Major Arthur Parker

Niektórzy historycy mieli ochrzcić obronę Baraque de Fraiture mianem drugiego Alamo. Większość niż połowa obrońców zginęła. Do terenu wokół skrzyżowania przylgnęło miano „skrzyżowania Parkera”. Żołnierze z 589. batalionu wspominają Parkera jako człowieka który „w jednej minucie rozmawiał ze swoimi ludźmi, w następnej zatrzymywał przechodzących GIsów i przydzielał nowe pozycje obronne”. Major został ranny 3 dnia bitwy, ale odmówił ewakuacji. Major Goldstein czekał aż Parker straci przytomność, żeby wynieść go na tyły. Niemiecki weteran frontu wschodniego Horst Gresiak, dowódca batalionu w 2. Dywizji Pancernej SS, jednostki która miała zająć „Skrzyżowanie Parkera” miał później napisać, że była to najtrudniejsza i najbardziej zacięta bitwa jaką widział podczas całej wojny.

Skrzyżowanie Parkera


Jeńcy którzy dostali się do niewoli niemieckiej cierpieli tak, jak trudno nam to sobie wyobrazić. Byli w fatalnym stanie już podczas kapitulacji: głodni i cierpieli na odmrożenia. Wielu z nich zginęło podczas samej drogi do obozów jenieckich. Wiezieni tygodniami nieoznakowanymi wagonami byli bombardowani przez własne lotnictwo. Warunki w obozach były tragiczne. Tym gorsze, że w grudniu do niewoli niemieckiej dostała się ogromna ilość jeńców amerykańskich, a Niemcy nie byli w stanie zaspokoić ich choćby podstawowych potrzeb. Obozy były przeludnione, a brak jedzenia przybrał rozmiary kryzysu. W obozach szalała dyzenteria, w związku z fatalnymi warunkami sanitarnymi. Jedyne co podtrzymywało żołnierzy ze statusem jeńców wojennych były plotki o coraz szybszych postępach aliantów na froncie zachodnich. Wtedy jeszcze nie mogli wiedzieć, że to ich opór w tych grudniowych dniach dał szansę aliantom na kontrofensywę, odrzucenie Niemców i wdarcie się w głąb III Rzeszy.

Kolumna amerykańskich jeńców

Szeregowy James Watkins z 423. pułku po wyzwoleniu ze Stalagu 9B.


W międzyczasie 106. dywizja przechodziła rekonstrukcję. W połowie stycznia jednostka miała już połowę stanu etatowego. Generał Alan Jones został odwołany, ze względu na atak serca; przeszedł go, ponieważ jego serce przepełniała troska o swojego syna, żołnierza służącego w 423. pułku. 7 lutego dywizja otrzymała nowego dowódcę, Donalda Stroha. Po odbiciu St. Vith 424. pułk i inne nierozbite jednostki walczyły jeszcze przez dwa miesiące, wywalczając ponownie drogę do Niemiec.
Straty bojowe 106. dywizji wyniosły 550 zabitych oraz 1300 rannych, przy 63 dniach w walce. Jest to jedna z największych proporcji strat w stosunku do ilości dni w walce w całej armii amerykańskiej podczas II wojny światowej.

424. pułk w Niemczech – marzec 1945 roku


Czytając historię tej bez wątpienia wyjątkowej jednostki, może nasunąć się refleksja że straty dywizji były niepotrzebne, jednak nie do końca tak było. Podczas planowania ofensywy w Ardenach, Niemcy przede wszystkim stawiali na prędkość natarcia; prędkość miała być kluczem. W krótkim czasie Amerykanie i Anglicy mogli bowiem sprowadzić posiłki; co więcej, gdyby tylko pogoda zmieniła się, co też później się stało, alianci mogli wykorzystać swoją największą potęgę – lotnictwo. Jednak odizolowane jednostki, stawiające zacięty opór znacznie opóźniły natarcie pancernych dywizji SS, powodując korki na wąskich drogach i każąc tym samym niemieckim pancerniakom szukać okrężnych dróg. Główny architekt planu „Wacht am Rhein„, czyli niemieckiej nazwy ofensywy w Ardenach miał po latach napisać:


„To była bitwa pojedynczych ludzi, liniowych dowódców, dowódców sekcji, dowódców kompani; oni podejmowali decyzje, oni byli odpowiedzialni za sukces albo porażkę, zwycięstwo albo przegraną. My tylko polegaliśmy na ich odwadze; nie mogli sobie pozwolić na słabość, musieli wiedzieć co robić, aż do czasu przybycia wyższego dowództwa. Wierzę, i mam moralne prawo zawyrokować, że Niemcy wykonali swoją robotę wzorowo; jednocześnie jednak, jestem przekonany że dokładnie tak samo było z Amerykanami, którym znakomicie udało się obsunąć cały plan w czasie. I nie mówię tu tylko o obronie St. Vith, ale także o jednostkach które zatrzymały 5. i 6. armię pancerną. Tak było i nikt nie może temu zaprzeczyć.”


Żołnierze 106. dywizji, którzy doświadczyli „największej porażki wywiadu od czasu Pearl Harbor” otrzymali 325 Brązowych Gwiazd, 65 Srebrnych Gwiazd i jeden Krzyż za Wybitną Służbę.
Weterani wracali do domów, chcąc zapomnieć o traumatycznych przeżyciach z Europy. Wielu z nich żywiło urazę do wyższego dowództwa i zamykało się w sobie przez wiele lat. Jeszcze inni odmawiali spotkania się z dawnymi kolegami i w ogóle zaprzeczali przynależności do 106. dywizji, ze względu na poczucie przegranej. Jednak czas leczył rany – te fizyczne i psychiczne. W latach ’80, kiedy weterani przechodzili na emerytury z cywilnych zajęć, zawiązywało się coraz więcej stowarzyszeń weteranów, a byli żołnierze odnawiali przyjaźnie.
W 1970 roku generał Manteuffel napisał do jednego z oficerów 106. dywizji list, w którym stwierdził, że jest wielką niesprawiedliwością twierdzenie, że 106. poniosła choćby częściową winę za klęskę w początkowych dniach ofensywy w Ardenach. Zaznaczył że to właśnie „Golden Lions” utrzymali cały korpus przez pięć dni, zmuszając wielu jego żołnierzy do szukania okrężnej drogi, co zabrało bezcenny czas.
Dzisiaj historia tej dywizji jest już dobrze znana. Pojawiło się wielu historyków, których historia „Złotych Lwów” zafascynowała, i którzy poświęcili sporą część życia na jej badanie. Po wielu latach milczenia weterani również zrozumieli, jak bardzo udaremnili Hitlerowi jego plany, mimo że podczas mroźnych grudniowych dni zimy 1944 roku o tym nie wiedzieli. Niestety to już ostatnie lata w których możemy spotkać weteranów, osobiście oddać im cześć. Dlatego właśnie z tak wielką radością przyjąłem informację, że aż pięciu weteranów tej jednostki zjawi się na 70. rocznicy Bitwy o Wybrzuszenie. Będziemy mieli okazję spotkać ich właśnie w tym miejscu, w tym czasie, 70 lat po tych wydarzeniach, w St. Vith.

Weterani którzy zapowiedzieli swoją obecność na obchodach 70. rocznicy:

  • David Bailey

F Company, 422nd Infantry Regiment, 3rd Battalion, 106th Infantry Division

David Bailey

Pierwsze dwa lata Bailey’a w armii były dość nietypowe. Ze względu na swoje wyższe wykształcenie, armia skierowała go do programu ASTP, specjalistycznego programy szkolenia. Wysłano go do Uniwersytetu Calmest, gdzie studiował inżynierię oraz kilku innych szkół, gdzie pobrał nauki, które miały mu pomóc zostać oficerem.
Aby zakwalifikować się do programu, IQ kandydata musiało wynosić 120, albo więcej. Chętni przechodzili zajęcia między innymi z inżynierii, chemii, medycyny, języków obcych i wielu specjalistycznych przedmiotów. W 1944 roku armia potrzebowała jednak uzupełnień i wysyłała ASTPowców, nawet tych którzy przeszli dopiero połowę kursu, do jednostek liniowych i dywizji które dopiero się zawiązywały na terenie USA
Bailey wspomina:


„3 grudnia 1944 roku wylądowałem w Hawrze we Francji i razem z jednostką wysłali nas w Ardeny. Trochę zajęło przemieszczenie się na miejsce wraz z moją nową jednostką – 422. pułkiem 106. dywizji; na miejscu znaleźliśmy się trzy dni przed ofensywą niemiecką. To był spektakularny sukces niemieckiego wywiadu – ukryć przygotowania do tak szeroko zakrojonej ofensywy. Niemcy mieli przewagę 5:1. Mój pułk skapitulował po 4 dniach. Było nas 212 ludzi, z ogólnej liczby 5000, którzy nie zginęli, nie zostali ranni ani nie poddali się.
Miałem dużo szczęścia. Armia zalecała, że w razie oddzielenia od jednostki, powinno się szukać swojego oddziału. Jeżeli nie znajdzie się oddziału, mogą dołączyć cię do dowolnej jednostki, a to zazwyczaj oznaczało kłopoty. Tak więc chodziłem i chodziłem, aż zaszedłem do małego miasteczka. Zobaczyłem na niebie lecące rakiety V1. Dostrzegłem domek więc zapukałem i zapytałem czy mogę schronić się w piwnicy. 16-letnia belgijska dziewczyna, Adelle, zgodziła się. Rakiety miały spaść na Amsterdam, ale nie były zbyt celne. Kilka lat później, kiedy byłem w tej wiosce, fińska ekipa dokumentalna sfilmowała mnie i Adelle.
Ale nie byłem bohaterem: w końcu przeżyłem.”


Bailey służył w czterech kampaniach na Europejskim Teatrze Działań Zbrojnych. Otrzymał dwie Brązowe Gwiazdy, Armijny Dyplom Uznania, Bojową Odznakę Piechoty i kilka innych odznaczeń. Został prezesem związku weteranów Bitwy o Wybrzuszenie.
Po wojnie Bailey sporo podróżował, odwiedził wszystkie 24 strefy czasowe i odwiedził wszystkie 7 kontynentów. David jest potomkiem Richarda Baileya, pierwszego osadnika Bluefield w Zachodniej Wirginii. Jego ojciec, pionier przemysłu węglowego R. Lake Bailey, zmarł kiedy David był mały; David dorastał przy wujku, E.L. Bailey’u, milionerze, który sam doszedł do swojej fortuny, zakładając Bailey Lumber Company.

Nasz bohater także odniósł sukces. Przez 16 lat był prezesem John B. Goff Land Company, firmy energetyczno-kopalnianej wydobywającej węgiel i gaz ziemny w Kentucky. Jeszcze w latach ’90 i na początku XXI wieku pełnił urząd wiceprezesa tej firmy, a także zasiadał w radzie takich firm jak U.S. Steel, Consolidated Natural Gas Corp., Tiffany & Company i Edison Electric Institute.

 

  • Floyd Ragsdale 

424th Infantry Regiment/106th Infantry Division

Floyd Ragsdale

Floyd Ragsdale z East Galesburg w stanie Illinois zaciągnął się do armii w 1943 roku, dwa tygodnie po osiemnastych urodzinach. Rzucił liceum, żeby walczyć za kraj.

„Jak każdy inny dzieciak, byłem zdeterminowany żeby zrobić swoje. Pamiętam marznięcie w okopie – sporo miesięcy później – i rozmyślanie, że pewno gdybym nie rzucił liceum, nie wpadłbym w takie tarapaty.”

Floyd został wysłany do Europy w październiku. Po szkolenia w Wielkiej Brytanii, dywizja przepłynęła kanał La Manche w październiku. Ragsdale był jednym z żołnierzy zaproszonych na Święto Dziękczynienia przez rodzinę królewską do Buckingham Palace; „czekałem na to, ale niestety armia miała wobec mnie inne plany”, wspomina Floyd. Żołnierze wylądowali na plaży Omaha w Normandii. Konwój miał ich zabrać do granicy belgijsko-niemieckiej. „Myśleliśmy o tych chłopakach którzy wylądowali tutaj w czerwcu, podczas dnia D”, wspomina. Floyd żałował, że sam nie wziął udziału w lądowaniu. Był wtedy w USA, na liście 1400 ludzi, którzy mieli stanowić rezerwą dla lądujących wojsk. „Było nas siedmiu i wzięli każdego, oprócz mnie”. Armia nie mogła wysłać 18-latka za granicę, dopóki nie spędził w wojsku przynajmniej jednego roku.


„Na początku niemieckiej ofensywy, nieprzyjaciel ostrzelał nasze pozycje artylerią. Ostrzał ten trwał ponad siedem godzin […] To było nasze pierwsze starcie. Nie mieliśmy żadnego doświadczenia bojowego, więc nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy z ogromu otaczających nas wydarzeń. W wielu miejscach wróg miał przewagę 10:1. Nasz 424. pułk został zepchnięty przez Niemców. Z 15 tysięcy żołnierzy, straciliśmy coś koło 9 czy 10 tysięcy w ciągu czterech dni. Wielu dostało się do niewoli, inni zostali ranni lub zabici. […] Zepchnęli nas 60 mil. Później musieliśmy ten teren odbić, wioska po wiosce. Kiedy jesteś w piechocie, robisz najbrudniejszą robotę całej armii. Temperatura spadła poniżej 20 stopni Celsjusza.
Hitler planował ofensywę w oparciu o teorię, że zła pogoda uziemi nasze lotnictwo na 4 tygodnie. Matka Natura wzięła jednak stronę Aliantów i już po kilkunastu dniach bombowce B-17 i myśliwce zapełniły niebo. Czasem widziało się B-17 od jednego horyzontu do drugiego.
W marcu i kwietniu Niemcy poddawali się nam masowo, szukając u nas schronienia przed Sowietami.”


Floyd wrócił do cywilnego życia w kwietniu 1946 roku.
Zapytany co to wszystko oznacza dla niego, Regsdale odpowiedział: „To znaczy dla mnie bardzo wiele. Tak wiele, że brak mi słów żeby to opisać. Pamiętam co robił Hitler zanim Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, pamiętam Nevilla Chamberlaina zapewniającego o wywalczeniu „pokoju dla naszych czasów”. Jeżeli ktoś by się mu [Hitlerowi] po prostu postawił, cała ta krwawa wojna nie miałaby miejsca. Jestem dumny że miałem wpływ na zakończenie tego.”


Pozostali weterani 106. Dywizji Piechoty:

  • Barney Mayrsohn
    423rd Infantry Regiment/106th Infantry Division
  • Richard Lockhart
    423rd Infantry Regiment/106th Infantry Division
  • Herb Sheaner
    422nd Infantry Regiment, 106th Infantry Division

Poza tym obecni będą:

  • Clayton Christianson
    324th Combat Engineer Battalion, 99th Infantry Division
  • Victor Cross
    345th Infantry Regiment, 87th Infantry Division
  • Doug Dillard
    551st Parachute Infantry Battalion
    508th Parachute Infantry Regiment, 82nd Airborne Division
  • Fred Gordon
    3rd Field Artillery Battalion, 9th Armored Division
  • Mike Levin
    489th Armored Field Artillery Battalion, 7th Armored Division
  • George Merz
    818th Military Police Company
  • Robert Thompson
    23rd Infantry Regiment, 2nd Infantry Division
  • Carl Wiggs
    A Company, 50th Armored Infantry Battalion, 6th Armored Division
  • Isaac “Curtiss” Phillips
    D Company, 22nd Infantry Regiment, 4th Infantry Division
  • Vincent Speranza
    H Company, 3rd Battalion, 501st Parachute Infantry Regiment, 101st Airborne Division
  • Marcel D’Haese
    5th Battalion Fusiliers, Belgian Army
  • Yvon Henry
    5th Battalion Fusiliers, Belgian Army
  • Frans Marique
    5th Battalion Fusiliers, Belgian Army
  • André Trocmee
    5th Battalion Fusiliers, Belgian Army

Bibliografia:
St Vith: US 106th Infantry Division, Michael Tolhurst
St. Vith: Lion in the way; the 106th Infantry Division, Richard Ernest
http://lions44.hubpages.com/
http://www.battleofthebulgememories.be/
http://www.indianamilitary.org/106ID/SoThinkMenu/106thSTART.htm – świetna strona, zawiera dużo wspomnień weteranów 106.
http://www.106thinfdivassn.org/

Autor: Tomasz Sikora

Opublikowano Historia | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Veterans Day

My obchodzimy 11 listopada Święto Niepodległości, a Amerykanie Dzień Weterana. Tego dnia wspominamy waleczność, męstwo i patriotyzm młodych mężczyzn i kobiet, pamiętając, że wiele z nich oddało w walce za ojczyznę co najcenniejsze – życie.

Z okazji tego wyjątkowego dnia po raz kolejny zostaliśmy zaproszeni do Krakowa przez zaprzyjaźnioną grupę GRH The Rock. Spędziliśmy wspaniały wieczór w towarzystwie wielu rekonstruktorów zajmujących się różnymi okresami historii USA (m.in. Wojną Secesyjną, II wojną światową, wojną w Wietnamie …). Czas upłynął nam na rozmowach o historii        (i nie tylko :)), wspomnieniach i żartach. Do zobaczenia za rok!

Dzień Weterana w Krakowie

Zobacz galerię zdjęć

 

Opublikowano Relacje | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz